Siedzę właśnie w pracy i słucham odgłosu deszczu bębniącego w parapet. Z zamyślenia wybija mnie dzwonek telefonu oznaczającego, że dzwoni Maher.
-Kochanie odebrałem decyzję...
-No i co, i co , co piszą?
-Nooooo, nie rozumiem, ale jest data 8 czerwca 2010.
No to wszystko już jasne. Mniej więcej do kwietnia przyszłego roku będziemy spokojni, a później złożymy dokumenty o przedłużenie karty czasowego pobytu. Teraz czekamy aż dostaniemy telefon z urzędu, że można przyjść po odbiór karty. Później wyrobimy kartę konsularna na podstawie KCP a później może słoneczna Tunezja chociażby na tydzień...
Jak dziś pamiętam dzień w którym odbieraliśmy papiery do ślubu w ambasadzie tunezyjskiej i przemiła Pani z głosem anioła stwierdziła, że nawet nie ma po co składać dokumentów w urzędzie bo i tak nie przedłużą Maherowi pobytu... Cóż, czy mam jej udowodnić, że nie miała racji?
Z nowości powiem tyle, że weekend spędziliśmy na oklejaniu mieszkania folią. Zmieniamy wystrój naszego pokoju, korzystając z okazji, że mój brat postanowił pomalować swoje pokoje przed narodzinami pierworodnego. W związku z tym na kilka dni musieliśmy się przenieść ze spaniem na piętro rodziców- na podłogę. Wstałam dzisiaj wyjątkowo „połamana”.
Jutro po pracy idę na "wycięcie kawałka palucha" Niestety 3 raz w ciągu roku wrósł mi się paznokieć, który tak na prawdę po ściągnięciu ostatnim razem nie zdążył jeszcze całkowicie odrosnąć. Boję się jutrzejszego zabiegu jak chol***, wiem jaki będzie później ból... Niestety bez tego się nie obejdzie, bo nie mogę już chodzić. Paluch wielkości dwóch, bordowo-żółty, ból niesamowity, chodzić nie mogę, a o założeniu pełnych butów nie ma mowy...
Na uczelni nie jest źle. W starciu Ja-Sesja jak na razie 3-0.
Następne egzaminy:
-angielski 28 czerwiec
-koncepcje integracji europejskiej 3 lipiec
-makroekonomia 11 lipiec
-filozofia 12 lipiec
-międzynarodowe stosunki gospodarcze 11 lipiec
-międzynarodowe stosunki polityczne 11 lipiec
-demografia 17 lipiec
-geografia turyzmu 24 lipiec
„Zimno CI Kasia? Nie zimno, gorąco”. Przywitała nas Kierownik USC, Pani tłumacz też już była na miejscu, nasi goście również, więc rozpoczęła się ceremonia. Wszystkie słowa kierownika USC były tłumaczone na francuski. Maher złożył swoją przysięgę po francusku, skrócił moje dwa imiona do wyłącznie jednego, a następnie zaczął powtarzać moją przysięgę, bo Pani tłumacz nie powiedziała, że teraz już ma nie powtarzać. Później życzenia, prezenty, zbieranie grosików, którymi nas obrzucono (Maher zebrał również te, co były pod wycieraczką, te, co wpadły mi za sukienkę wyciągnęliśmy dopiero w domu
). Deszcz oczywiście nas nie ominął, ale padało wyłącznie jak byliśmy w domu lub w samochodzie. Będąc na zewnątrz przestawała padać. Całe szczęście, bo przynajmniej udało się, jako tako strzelić parę fotek. W domu rodzice przywitali nas chlebem i solą. Maher ucałował chleb bez żadnego gadania… Następnie szampan i rozbite kieliszki, a później już tylko „gorzko, gorzko” i dalej już z górki. Szczerze mówiąc nie wiem, kiedy minęło nam 12 godzin od samej ceremonii do wyjścia ostatnich gości, ale teraz już wiem, że w dniu własnego ślubu czas leci inaczej.
Bardzo Was proszę o kciuki 9 czerwca od 9 rano ( nie mam pojęcia, do której, ale przez 2 godzinki to na pewno).
. To chyba na tyle, bo naprawdę nie wiem, co mogłabym więcej napisać.